środa, 10 kwietnia 2013

Wiejskie wesele- pomysły na dekorację

Hej wszystkim! Wydaje mi się, że znaleźliśmy już z Michałem miejsce na nasze wesele :) Jestem bardzo szczęśliwa, ale niestety muszę Was rozczarować, bo nie odbędzie się ono w plenerze. Marzyłam o przyjęciu na świeżym powietrzu, pod gołym niebem, ale moja mama szybko sprowadziła mnie na ziemię. A bo będzie zimno, a bo będzie padało, a bo babci będzie niewygodnie, bo krzesło się będzie wbijało w trawę, a bo to i tamto :) Wkurzona do granic możliwości zaakceptowałam ten fakt, ale postawiłam Michałowi jeden warunek: chcę drugie wesele! Hihi, żartuję :) Tak naprawdę poprosiłam o to, żebyśmy mogli zorganizować plenerowe poprawiny dla przyjaciół i znajomych, ale które dostaną zupełnie nową oprawę wizualną: nowa kolorystyka, troszkę inny temat przewodni przyjęcia. Tym sposobem, jak to się mówi, upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu! Będę miała wesele w stodole i  poprawiny w plenerze :)

A skoro już jestem w takim dobrym nastroju chciałabym Wam pokazać w jaki sposób możecie stworzyć niebanalny klimat weselu w wiejskim stylu. Poniżej parę wskazówek i inspiracji, które na pewno znajdą miejsce na moim przyjęciu :)

1. Stylizowane zaproszenia

Zaproszenie to tak naprawdę pierwszy sygnał dla Waszych gości na temat tego jakie będzie Wasze wesele. Jeśli organizujemy wesele na wsi, w stodole, albo w plenerze, warto, aby zaproszenie nawiązywało w jakiś sposób do charakteru przyjęcia. Może ono zawierać elementy związane z naturą (w końcu stawiacie na bliskość z przyrodą), a może np. przedstawiać starą stodołę, w której wszyscy będą się bawić. Ja szaleję na punkcie zaproszeń drukowanych na sklejce, albo takich, które drewno imitują :)



2. Drewniane drogowskazy

Wasze wesele odbywa się na dużej farmie, albo w sporym gospodarstwie agroturystycznym? To fantastycznie! Ale pamiętajcie, warto gościom ułatwić trafienie do pokoju, albo na salę taneczną. Drewniane drogowskazy mają pełnić przede wszystkim funkcję praktyczną, ale bez wątpienia są też urokliwą dekoracją. A gdy jeszcze zdobi je wielkie serce z wymalowanym miłosnym cytatem to już w ogóle odpływam :)

 

3. Winietki dla gości

Winietki to moim zdaniem weselny must-have. Dzięki niemu goście z łatwością trafią na wyznaczone miejsce, a dodatkowo unikniecie niekomfortowej sytuacji, gdy w czasie toastu ciotki i wujkowie biegają wokół stołu, by zaklepać sobie najlepsze siedzenie :) Mi najbardziej podobają się winietki umieszczane na owocach lub kwiatach, ale idealne na wiejskie wesele będą także stare podkowy! Macie tyle kreatywnych możliwości, że jedno przyjęcie na pewno nie starczy, żeby je wszystkie wprowadzić w życie!


4. Słoiki- lampiony i świeczniki

Dekoracje wykonane ze słoików to chyba najfajniejszy element wiejskiego wesela. Pamiętam jak na jednym z harcerskich obozów wymyśliłyśmy, że przed każdym namiotem stać będzie lampion zrobiony z makramowego sznurka i słoika wypełnionego piaskiem :) Takie słoiki stwarzają niezwykle nastrojową atmosferę po zmroku. Na moim weselu chciałabym, aby pod sufitem zawisły żyrandole wykonane ze starego koła od wozu i słoików właśnie :)



5. Rustykalny Candy Bar

Od pierwszego momentu kiedy zobaczyłam, że w Stanach panuje moda na Candy Bary wiedziałam, że chcę mieć coś takiego na moim weselu. Słodki bufet z domowymi wypiekami, tartami z owocami, owsianymi ciasteczkami, ciastkowymi lizakami i lemoniadą śni mi się po nocach. Najlepiej będzie gdy stanie na starym wozie lub drewnianych beczkach :)

 

6. Menu na oknie

Ciekawa alternatywa dla drukowanego menu dla każdego gościa (i duża tańsza) to menu wypisane na starym oknie, albo kredowej tablicy oprawionej w gustowną ramę. To chyba mój ulubiony dekoracyjny pomysł! Liczy się maksymalne wykorzystanie tego, co inni dawno wyrzuciliby już na śmietnik :P Uwielbiam!


7. Słomiana strefa odpoczynku

O tym, że na wiejskim weselu warto wykorzystać słomę chyba nie muszę nikogo przekonywać. Snopki możemy zastosować jako wygodne siedziska na ślub w plenerze, albo uroczą dekorację. Ja na moim przyjęciu chciałabym stworzyć strefę chill-outu czyli słomiane kanapy, na których goście będą mogli przycupnąć zmęczeni tańcami :)


Które pomysły podobają Wam się najbardziej? :) Co jeszcze mi doradzacie :)? Pozdrawiam!

Photo credit:
www.stylemepretty.com

wtorek, 9 kwietnia 2013

Bukiety ślubne z piwoniami

Słoneczko powoli zaczyna wychylać się za chmur więc mam nadzieję, że przyjście wiosny to już kwestia dni :) Siedzę więc wygodnie w fotelu i marzę o wakacjach nad bretońskim morzem, które tak malowniczo opisała wczoraj dla Was Kasia z Bretonissime (o tutaj). Ładna pogoda od razu wprowadza mnie w dobry nastrój, dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was specjalny post, a jakże mogłoby być inaczej, o kwiatach :) O uwielbianych przez wszystkie Panny Młode piwoniach! Tak zresztą myślałam do czasu, gdy przeczytałam ostatnio na pewnym forum, że piwonie kojarzą się niektórym z kwiatami na cmentarzach. Mimo wszystko, są to chyba jedne z najbardziej popularnych kwiatów, jakie wykorzystuje się do przygotowania ślubnych bukietów, aczkolwiek pamiętajcie, w Polsce są one stosunkowo drogie. Dostępne w dobrej cenie są od połowy maja do końca czerwca, ale dostaniecie je także nawet w lutym i sierpniu, wtedy tylko sprowadzić je trzeba z Holandii. Piwonie są niezwykle fotogenicznymi kwiatami o puszystych, gęstych i mięsistych płatkach. Panna Młoda z takim bukietem wygląda od razu delikatniej i romantyczniej :) Bukiety solo wyglądają pięknie, ale niezwykłą urodę piwonie zyskują dopiero w otoczeniu innych gatunków. Zapraszam!

Piwonie komponują się fantastycznie ze słodkim groszkiem.

Uroczo wyglądają w towarzystwie jaskrów.
A klasycznie w połączeniu z różami angielskimi.

A jeśli chcecie bukietu z samych piwonii to zdecydujecie się na ich intensywny kolor.

Albo na piwonie drzewiaste :)
Mi najbardziej podobają się właśnie bukiety skomponowane tak, aby wyglądały na niedokończone.
Taki nieład jest teraz w modzie jeśli chodzi o ślubne bukiety :)

Ale przede wszystkim jest bardzo rustykalny!

Znajdujecie słowa, żeby opisać takie cuda? :)
Zresztą łączenie tradycyjnych piwonii z drzewiastymi daje chyba najciekawszy efekt.
Warto więc łączyć kolory i stawiać na różnorodność. Wtedy Wasze bukiety będą najpiękniejsze na świecie!

Co myślicie o bukietach z piwonii oraz z piwoniami? Czy ktoś uwielbia te kwiaty tak samo mocno jak Blair Waldorf :)? Które z powyższych propozycji najbardziej wam się podobają? Czekam na komentarze! Serdecznie pozdrawiam, do usłyszenia!

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Bretania na podróż poślubną

Kochani, dzisiaj drugi post z serii gdzie wybrać się w niezwykłą podróż poślubną :) O jego napisanie poprosiłam koleżankę ze studiów, zawsze radosną Kasię, którą los złączył z Bretanią - jak to zazwyczaj bywa dzięki miłości :) Kasia tak jak i ja wyżywa się twórczo w blogosferze i pisze bloga właśnie o tej niezwykłej części Francji. Bardzo się ucieszyłam, gdy zgodziła się dla Was napisać tego posta! I co najlepsze, przygotowała dla Was trzy wersje zwiedzania :) Mi najbardziej przypadła do gustu ostatnia, dedykowana miłośnikom natury, gdyż zachwyca pięknymi widokami morza i skał. Oddaję jej już głos, ale nie zapomnijcie odwiedzić Bretonissime- to wiele trafnych spostrzeżeń na temat Francuzów i życia we Francji, ale przede wszystkim jest to skarbnica wiedzy o tym regionie. A Kasia zna go czasem lepiej niż sami Francuzi- w Bretanii nie tylko mieszka, ale także pracowała jako przewodnik :)


Francja i podróż poślubna? Oczywiście! Zapomnijmy jednak na chwilę o Paryżu. Tam zawsze możecie się wybrać, choćby na weekend, by poznać jego zalety (wspaniała architektura, liczne muzea i piękne kościoły, zakątki znane z filmów) jak i ciemne strony (zatłoczone i często śmierdzące metro, wysokie ceny, hałas, wszechobecne samochody). Nie pozwólcie na to, by cechy z drugiego nawiasu zepsuły Wam jedyne w swoim rodzaju chwile tuż po ślubie. Co powiecie na pokój z widokiem na ocean, pyszne i dużo tańsze niż w stolicy jedzenie (w tym świeże owoce morza i świetne naleśniki crêpes), wieczorne spacery po plaży i malownicze domy z kamienia z kolorowymi belkami?

Opcja nr 1: dla miłośników słońca

Szczerze uprzedzam, że niepewna pogoda jest największym (i chyba jedynym) minusem urlopu w Bretanii. Jeśli chcecie zwiększyć szanse na obecność słońca, polecam Wam Morbihan, czyli południową część Bretanii („mor” to w języku bretońskim morze, „bihan”- małe). Dzięki położeniu w zatoce woda jest cieplejsza, a i temperatura powietrza jest o kilka stopni wyższa niż w północnej Bretanii. Koniecznie zajrzyjcie do:

Vannes – miasto, którego starówka zachowała średniowieczny urok dzięki imponującym murom obronnym oraz pięknym kamienicom. Vannes stawia latem na kulturę: podczas mojego pobytu w lipcu 2011r. były i koncerty w porcie, i festiwal jazzowy na ulicach oraz w pubach (świetna sprawa!),i „fêtes historiques”, czyli dni średniowiecznej kultury z licznymi atrakcjami.


Saint-Goustan – mały, malowniczy port, otoczony pięknymi wąskimi uliczkami.


Saint-Gildas de Rhys – miasteczko z pięknym opactwem w stylu romańskim (co w Bretanii nie zdarza się często). W okolicach Saint-Gildas są świetne trasy spacerowe, dzięki którym możecie przejść się albo tuż przy plaży, albo podziwiać krajobraz z góry, maszerując po skalistym wybrzeżu. Obie opcje polecam!


Opcja nr 2: dla niezważających na tłumy turystów

W tych znanych i popularnych miejscach znajdujących się w departamencie Ile-et-Vilaine panuje spory ruch turystyczny. Oblężenie ma jednak miejsce głównie latem, więc jeśli planujecie podróż poślubną w innym miesiącu, nie musicie obawiać się tłumów. Tak czy inaczej – warto się tam wybrać, bo renoma tych miejsc jest zasłużona.

Mont Saint-Michel – to podobno druga najpopularniejsza atrakcja turystyczna całej Francji, tuż po Paryżu. Oficjalnie nie należy do Bretanii, tylko do Normandii, jednak jest przez wiele osób kojarzona raczej z tą pierwszą- by nie wchodzić w ideologiczne spory, uznajmy, że jest na granicy tych dwóch regionów. Do pięknego kościoła na samym szczycie i zarazem najlepszego punktu widokowego prowadzi tylko jedna droga, w środku lata panuje tu więc wielka przepychanka, której nie polecam nawet odpornym na tłumy. Ale, spokojnie, na wszystko znajdzie się sposób: warto wiedzieć, że w ostatnim tygodniu sierpnia ruch turystyczny w Bretanii dość znacząco spada- pojedźcie tam właśnie wtedy, późnym popołudniem. My z mężem raz tak zrobiliśmy i była to bardzo trafna decyzja: nie było tłumów i mieliśmy możliwość porównania dwóch wersji Mont Sant-Michel: za dnia i „by night”.


Saint-Malo – to miasto słynące z pięknych piaszczystych plaż (moją ulubioną jest niezwykle długa Plage de Sillon... marzenie!) oraz starówki otoczonej grubymi murami obronnymi projektu znanego francuskiego architekta Vauban. Niestety stare miasto zostało w dużej mierze zbombardowane w czasie wojny, więc kamienice są dużo „młodsze” niż otaczające je mury. Miasto jest bardzo urokliwe i…fotogeniczne. Jeśli szukacie odpoczynku od tłumów, zaszyjcie się w niepozornej z zewnątrz, a niezwykle ciekawej wewnątrz katedrze: na poziomie ołtarza nagle pojawiają się… schody. Ta (spora) różnica poziomów to niezwykły wyjątek w skali Europy i świata.


Dinan – prawdziwa średniowieczna perełka. Naprawdę czuje się tu ducha czasu.


Opcja nr 3: dla spragnionych kontaktu z naturą

Dla Was idealnie nada się departament Finistère, którego nazwa oznacza…kraniec świata! Jest to najbardziej wysunięta na zachód część Bretanii, słynąca z dziewiczej przyrody i z pielęgnowania bretońskich tradycji i zwyczajów. Oprócz wymienionych poniżej miejsc warto byłoby też pozwiedzać, bo program kulturalny wyprawy mógłby być tu bardzo ciekawy – zainteresowanym chętnie służę radą.

Ile d’Ouessant- wyspa, na którą płynie się z portu Le Conquet około półtorej godziny, a z Brestu o godzinę dłużej! Jest to więc cos więcej niż turystyczny rejs trwający 15 minut, zapewnia nam namiastkę morskiej wyprawy. Na wyspie są lokalne taksówki (całe 2 euro za przejazd do „centrum”) oraz wypożyczalnie rowerów: dosłownie na każdym kroku. Ouessant znane jest z hodowli czarnych owiec, jednak ja polecam tę wyspę głównie ze względu na zapierające dech w piersiach widoki!


Presqu’île de Crozon – półwysep pięknych widoków: skaliste wybrzeża, szerokie piaszczyste plaże, urokliwe, trudno dostępne zatoczki… Obowiązkowe punkty programu to co najmniej Les Tas de Pois (imponujące skały nad brzegiem oceanu) i Camaret (niezwykle malownicze miasteczko portowe, pełne kolorowych domów, które było inspiracją dla wielu malarzy).


Douarnenez – gdy pierwszy raz zbliżaliśmy się autem do tej zatoki (La Baie de Douarnenez) i ujrzałam ją z góry, dosłownie mnie zatkało. Polecam spacery na plaży w tych okolicach. Samo Douarnenez jest, jak Camaret, urokliwym i nasyconym kolorami miastem portowym.


Jeśli nie możecie zdecydować się, którą opcję wybrać, to może zdecydujecie się na wyprawę samochodem i dłuższe tour de Bretagne? :) Ja pierwszy raz wylądowałam tu trochę przez przypadek- w ramach wymiany szkolnej- a potem wracałam przy każdej możliwej okazji. Pracując tu jako przewodnik turystyczny, poznałam męża, więc dla nas Bretania była zwieńczeniem podróży poślubnej. ;)

Kasia Tirilly

piątek, 5 kwietnia 2013

Piękny ślub w kolorze cytrusów

Kochani,już wkrótce  na Moim Wielkim Wiejskim Weselu czeka na Was calusieńka seria postów o tym gdzie wybrać się w perfekcyjną podróż ślubną :) Do pisania zaangażowana została już niezła grupka blogowiczów, którzy mieszkali, albo nadal mieszkają w niezwykłych miejscach na całym globie! Nie mogę się już doczekać ich wpisów i mam nadzieję, że Wam też się one spodobają! W końcu kto z nas nie lubi podróżować :)?

Ale bez obaw, zanim moi blogowicze przygotują swoje materiały, ja nadal będę publikowała dla Was najlepsze inspiracje na niezwykłe przyjęcia weselne w rustykalnym klimacie :) Dzisiaj radosny i niesamowicie soczysty ślub! Jeden z najpiękniejszych jakie widziałam w tym roku! Tak bardzo spodobała mi się nawet ta intensywna kolorystyka, że zapragnęłam takiej samej na moim weselu. Róże, pomarańcze i żółcie wykorzystano przede wszystkim w kwiatowych dekoracjach, ale kolory te, choć delikatnie przygaszone, pojawiają się również w zaproszeniach oraz menu. Na stołach króluję dekoracje przygotowane z owoców - pomarańczy i cytryn. Panna Młoda zdecydowała się na cytrynowy sweterek, który choć tak różny od nam znanych jedwabnych szali i bolerek, wygląda na niej bardzo naturalnie! Całość radosna i bardzo optymistyczna :)

Buszujący w zbożu zapraszają w podróż cytrusowym szlakiem:)
Przepiękne bukiety i dekoracje kwiatowe wykonane przede wszystkim z róż, dali, piwonii, tulipanów oraz owoców.
Na zaproszeniu wykorzystano motyw cytryny, a różowe koperty ozdobiono kaligrafią.
Ferię barw równoważył kolor wybranych mebli: biel i wytarty brąz.
Goście zasiedli przy pięknym drewnianym stole na lekko odrapanych krzesełkach! Moja babcia pewnie nie zrozumiałaby tej wizji, ale ja uważam, że jest idealnie :) I te bombki nad głowami! Cuda :)
A sam ślub odbył się na pięknej łące w plenerze.
Na spragnionych i zmęczonych tańcami czekał lemoniadowy bar ozdobionymi owocami.
Ale i tak to stół prezentował się najpiękniej! Żółte serwetki we wzory oraz winietki w kształcie cytrynek na kryształowych kieliszkach perfekcyjnie współgrają z kolorowymi kwiatami.
Rozwijane menu z malowanymi daniami to absolutny hit!
Cytryny i pomarańcze obficie wykorzystano w kompozycjach na stole i było to doskonałe posunięcie ze strony dekoratorów. Wykorzystanie owoców (przede wszystkim tych sezonowych) to niebywała oszczędność w ślubnym budżecie. 
A trzeba przyznać, że dzięki nim stół prezentuje się obłędnie!
A na sam koniec jeszcze jeden dekoracyjny element, który zwalił mnie z nóg. Wieniec zrobiony z mandarynek zawisł nad stołem z tortem :)

Prawda, że jest czym się zachwycać :)? Dobrego piątku! xo

Photo credit:
Ryan Ray Photography

czwartek, 4 kwietnia 2013

Miodowy miesiąc na Majorce

Kochani, ostatnio na blogu ciągle piszę o sukniach, dlatego dzisiaj mam dla Was coś w zupełnie innym klimacie :) W gorącym klimacie! Zima tak bardzo mi doskwiera, że próbuję przywołać wiosnę na wszelkie możliwe sposoby. Dzisiaj spróbuję to uczynić wracając w myślach na Majorkę! Jeśli ktoś z Was planuje wakacje, albo tym bardziej szuka niezapomnianego miejsca na podróż poślubną polecam właśnie tę wyspę. Ale nie tę znaną wszystkim turystom, czyli zatłoczoną Palmę! Zapraszam w podróż po Serra de Tramuntana :)

Tak się jakoś w moim życiu złożyło, że miałam niebywałą przyjemność mieszkać na Majorce przez pół roku w ramach programu Erasmus. Ale nie był to wcale pobyt pełen szalonych imprez i poznawania mnóstwa znajomych. Dopiero po czasie potrafię docenić to co udało mu się tam przeżyć :) Początki nie były łatwe: rozstanie z Michałem, spanie w nocy na lotnisku w Barcelonie, szukanie mieszkania przez internet, brak znajomych polaków w mieście, nauka po katalońsku. Ale dałam radę, koniec końców nie bardzo chciałam wracać do domu i teraz niebywale tęsknię za tamtymi chwilami!


Wyspę udało mi się poznać jak własną kieszeń. Jeśli więc Majorka kojarzy Wam się z pięknymi plażami, dużą katedrą i dobrymi imprezami, to mam dla Was jej totalnie przeciwne oblicze. Sama lecąc tam, nie wiedziałam co mnie czeka i dopiero dzięki moim współlokatorom, niezwykłej polce Agacie i grupie 60-letnich majorkańskich wojskowych udało mi się poznać drugą twarz wyspy. Czyli Serra de Tramuntana.

To piękne pasmo górskie położone na północy Majorki w 2012 roku zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, zarówno dzięki walorom przyrodniczym jak i kulturowym. Czeka na was tam mnóstwo małych wiosek i miasteczek, z piaskowymi domami ukrytymi wśród oliwnych gajów, piękne turkusowe zatoki oraz strome zbocza i klify schodzące wprost do Morza Śródziemnego. Oczywiście znajdziecie tam też absolutnie nieziemskie plaże, które nijak się mają do tych w Palmie czy Arenalu. Ale żeby odkryć to wszystko trzeba się trochę wysilić i po prostu samemu wszędzie dojść :) Tramuntana jest doskonale przystosowana dla potrzeb turystów. Znajdziecie tam mnóstwo świetnie oznakowanych szlaków, a przy nich położone urokliwe górskie schroniska - np. w Soller znajduje się ono w zabytkowej latarni. W schronisku zjecie pyszne obiady, a nawet możecie załapać się na bezową tartę z cytrynowym musem zrobionym z rosnących przy domu owoców. Tylko uważajcie na kozice i osiołki :)!

Jeśli chcielibyście wybrać się w Tramuntanę z chęcią pomogę Wam zorganizować taki wyjazd. Służę radą i przepastnym przewodnikiem po całym paśmie górskim! Kto raz tam był, z pewnością rozumie moją tęsknotę :)

A to tylko niektóre z pięknych widoków, które czekają na was w Tramuntanie. Wszystkie zdjęcia robione w listopadzie i jest to zdecydowanie piękna pora na Majorce! 
Cala Deia.
Puerto Soller- widziane jeszcze ze szlaku.
Daktylowce już w Soller :)
Katedra w Soller, ale cuda dzieją się także w Lluc!
Wschodni cypel wyspy czyli Formentor. Tam polecam dotrzeć samochodem :) Jazda krętą drogą to przygoda sama w sobie!
A to plaża na Formentorze. Zdecydowanie cudowne miejsce, ale w tajemnicy powiem, że znam lepsze plaże na wyspie :)
A to już nasza dwójka w Valdemossie :) Najbardziej romantyczne miasteczko na całej Majorce! Pięknie wygląda także w śniegu. Koniecznie trzeba tam jechać. Z Palmy tylko 30 minut autobusem za 2 euro!
A na koniec, żebyście poczuli niesamowity klimat tej niesamowitej wyspy niezwykle wakacyjna i optymistyczna reklama :) Co z tego, że reklama piwa, skoro tak pięknie pokazuje wszystkie te miejsca, które możecie obejrzeć na moich zdjęciach! Jest więc przede wszystkim Deia i Formentor. A, no i Estrella Damn :)

Taką właśnie zapamiętałam Tramuntanę: pełną rodzinnych spotkań, pysznej paelli, krystalicznie czystej wody i słońca! Pamiętajcie: cuando amas lo que tienes, tienes todo lo que quieres! Pozdrawiam z nadzieję na szybkie przyjście wiosny :)

Photo credit:
Michał Kęsy

środa, 3 kwietnia 2013

Galia Lahav- kolekcja na 2013 rok

Pamiętacie jak pisałam o niezwykle uzdolnionej izraelskiej projektantce Berta Fashion? Jak zachwycałam się jej pięknie wykończonymi sukniami, zwiewnością i szlachetnością tkanin oraz imponującymi dekoltami na plecach? Na pewno pamiętacie, bo takich sukni się nie zapomina :) Absolutnie cudowne kreacje, które aż zapierają dech w piersiach! Wtedy zastanawiałam się jak to możliwe, że nieznana izraelska projektantka, która suknie sprzedaje w jednym firmowym salonie w Tel- Awiwie tworzy takie dzieła sztuki! Kochani, mam dobrą wiadomość. Jak się okazuje, nie tylko ona otrzymała taki dar od Boga! Przed Wami kolekcja Gali Lahav. To kolejne cudowne dziecko izraelskiej branży ślubnej. Suknie dosłownie jak marzenie, kąpiące koronkami i perłami. Spływają szyfony i jedwabie. Zmysłowe kreacje z pięknie zarysowaną talią i linią bioder, absolutnie w stylu Brigitte Bardot. Brakuje mi słów by opisać to co widzą moje oczy. Oglądajcie i niech Wam się te cudowności śnią po nocach :)














Numer 5 to moja faworytka :) Nieziemska kolekcja!

Photo credit:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...