Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miesiąc miodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miesiąc miodowy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2013

W podróż poślubną na biegun północny!

Dzisiaj pora na kolejny post z serii podróżniczych inspiracji na miesiąc miodowy :) Tym razem zabieram Was na biegun północny, a konkretniej do małej norweskiej miejscowości Tromso. Tam na biegunie, żyje sobie urocza para moich przyjaciół, Zosia i Wojtek razem ze swoim słodkim synkiem Ignasiem. Zosię znam całe życie i chociaż trudno mi sprecyzować kiedy dokładnie się poznałyśmy, muszę Wam powiedzieć, że po tylu latach spędzonych w jednym namiocie na harcerskich obozach rozumiemy się bez słów :) W dodatku nie znam bardziej kreatywnej od niej osoby! Obecnie jej życie kręci się właśnie wokół małego Ignasia, dla którego realizuje swoje pomysły. Jej przykłady na kreatywne rodzicielstwo możecie obserwować na blogu: www.wiecejmiejscadozabawy.blogspot.com ! Udało mi się jednak zagonić Zosię do pisania i to właśnie dzięki niej będziecie mogli poczytać o podróży poślubnej na biegun północny. Chociaż zimno, myślę, że warto się tam wybrać. Jak to Zosia powtarza, to podróż na koniec świata i jeszcze dalej :)

           

          Japończycy wierzą, że para, która zobaczy razem zorzę polarną, spłodzi mądrego potomka… To chyba wystarczający powód, żeby wybrać się w podróż poślubną do Tromso w Norwegii :)


Niestety zorze zobaczymy tylko zimą, kiedy jest tu noc polarna. Wtedy najlepiej udać się poza miasto i tam na nią „polować”. Jeśli jednak pogoda nie dopisuje i niebo jest zachmurzone, lub kiedy jesteście tu latem i cały czas jest jasno, nie martwcie się- można zobaczyć tu też kilka innych rzeczy.



Tromso to przede wszystkim zapierające dech w piersiach widoki, fiordy jedzące z ręki J, spacerujące po ulicach renifery i kolorowe domki. To niewielkie miasto, którego najbardziej charakterystycznym punktem jest Arktyczna Katedra, dla której inspiracją był krajobraz Norwegii. Trzeba ją zobaczyć, albo raczej- nie da się jej nie zobaczyć- króluje nad krajobrazem miasta. Zimą jest pięknie podświetlona. Jeśli kupujecie pocztówki, to koniecznie z katedrą J


Warto też wybrać się do Polari- arktycznego akwarium. Już sama bryła budynku ma niecodzienny kształt- przewracających się kostek domino, a główną atrakcją tego miejsca jest karmienie foczek. Niedaleko stąd znajduje się Mack, największy browar na północy, ale podobno mają słabe piwo. Będąc już w tym temacie, warto wspomnieć, że po 18 w Norwegii nie kupicie alkoholu. Sklepy monopolowe, oraz stoiska z alkoholem w marketach są o tej godzinie zamykane. Dodatkowo właścicielem jedynej sieci tego rodzaju sklepów jest państwo, ma to zapobiec szerzeniu się alkoholizmu w tym kraju. Romantyczne wieczorki przy winie raczej odpadają :)


W samym centrum miasta można zobaczyć wiele drewnianych domków charakterystycznych dla Skandynawii, a na deptaku wejść do najstarszego kina w Norwegii. Niedaleko znajduje się też biblioteka, która jest budowlą współczesną, o niespotykanej konstrukcji. Ciekawostką są tunele z rondami, oraz parkingi pod miastem, które w razie ataku jądrowego mają służyć za schrony. Podobno kilka lat temu do Tromso przyjeżdżały autokary, wypełnione niemieckimi turystami i zatrzymywały się w tunelach, żeby Niemcy mogli zrobić zdjęcia. Nie trudno się domyślić, że było to dosyć niebezpieczne. W mieście jest też kilka muzeów, między innymi Muzeum Uniwersyteckie i Muzeum Polarne. Natomiast zwieńczeniem zwiedzania miasta może być wjazd kolejkną linową Fjellheisen, na pobliską górę, z której można podziwiać panoramę Tromso. 


Koniecznie trzeba wybrać się także za miasto, na przykład na wycieczkę do Sommarøy, skąd widać ocean, oraz pospacerować po piaszczystej plaży w Grotfjord. Planując podróż do Tromso warto wiedzieć, że w Norwegii można w dowolnym miejscu biwakować- rozbić namiot, palić ognisko, czy łowić ryby. Zresztą sami Norwegowie uwielbiają takie rozrywki, więc nie zostaniecie uznani za dziwaków :)

           

           

Na koniec najważniejsza rada: pod żadnym pozorem nie zapomnijcie czapki! Pogoda potrafi tutaj zaskoczyć :)

           

Prawda, że biegun północny prezentuje się naprawdę imponująco? Szczególnie gdy jedziemy tam tylko na przysłowiowy miesiąc miodowy i nie musimy się martwić tym, że w środku wiosny zasypało nam wejście do domu :) Widoki nieziemskie, piękne drewniane domki we wszystkich kolorach i renifery! Do tego góry i ocean, czyli najlepsza wakacyjna mieszanka. A chociaż podróż na koniec świata do najtańszych nie należy, nie musi być wcale strasznie droga. Jak już Zosia wspomniała, możecie rozbić tam swój namiot i wcinać złowione przez siebie dorsze pieczone w ognisku :) Brzmi romantycznie, prawda? :)

Tekst i foto: Zosia Maciaczyk
Nie zapomnijcie odwiedzić bloga Zosi! www.wiecejmiejscadozabawy.blogspot.com

poniedziałek, 13 maja 2013

Rustykalne wesele czyli drewniane szaleństwo!

Kochani, ostatnie dni były dla mnie bardzo intensywne :) Uczestniczyłam w szkoleniach i doskonaliłam mój warsztat biznesowy. Jak się okazało, jest dobrze i być może niedługo marzenia o tym, by Moje Wielkie Wiejskie Wesele zamieniło się w prosperujący biznes, stanie się rzeczywistością :) Na szkoleniu opowiadałam o rustykalnych weselach i starałam się propagować idę wesel w plenerze. Na szczęście jest coraz więcej zakręconych Panien Młodych, które chcą odejść od sztampowych przyjęć i idą na całość! Bardzo się z tego powodu cieszę! 

Wiejskie wesele to pochwała tego co naturalne, dlatego nie dajemy przyzwolenia na plastikowe krzesełka przy stole, czy chociażby wykorzystanie tiulu do dekoracji. Dzisiaj skupiam się na drewnie i pokazuję, że dopiero pełna dbałość o wszystkie elementy wesela daje nam niezapomniany i wspaniały efekt!


Zaczynamy od podstaw czyli stoły i krzesła. Koniecznie drewniane! Nic nie nada naszemu przyjęciu bardziej rustykalnego klimatu. Ciekawy stół nie warto nawet zakrywać białym, lśniącym obrusem. Pięknie wygląda bez niego, tylko w towarzystwie serwetek lub bieżnika.
Następnie pora na krzesła. Jeśli zobaczę u kogoś takie z plastiku naprawdę się pogniewam :) Drewniane krzesło to rustykalny must-have!
Jeśli urządzamy rustykalny kącik odpoczynku dla naszych gości to warto postawić tam drewniane ławki. Na nich ułożone koronkowe poduszki wyglądają absolutnie nieziemsko! Jak z domu prababci :)
Warto wykorzystać również kawałki drewna do różnego rodzaju dekoracji. Wymalować imiona Pary Młodej na takich kawałkach desek potrafi każda z nas!
Takie drewienka nadadzą się również jako drogowskazy dla gości, albo gadżety na ślubną sesję! Możliwości ich wykorzystania jest mnóstwo, ale nie warto przesadzać.
Drewniane skrzynki i skrzyneczki to idealny sposób na zaaranżowanie kącika odpoczynku. Mogą także służyć jako podstawa pod księgę gości!
Kawałek deski posłuży również jako doskonała baza do numeru stołu. Wystarczy biała farba, albo garść odpowiednio wbitych gwoździ.
Jednym z moich ulubionych pomysłów na wykorzystanie drewna do dekoracji jest ozdobienie stołu takimi plastrami drzewa. Na nich można ustawić kwiaty, a nawet ciastka i domowe tarty :)
A całą przestrzeń warto udekorować innymi drewnianymi elementami. Nawet jeśli wydają nam się mało ślubne, zyskują uroku w towarzystwie kwiatów i kolorowych wazoników. Drabiny rządzą :)


Jakie jeszcze macie pomysły na użycie drewna do ślubnych dekoracji? :) Czekam na podpowiedzi!

Photo credit: www.stylemepretty.com

sobota, 11 maja 2013

Wymarzona podróż poślubna? Kierunek - Prespa!


Kochani, dzisiaj zabieram Was w niezwykłą podróż do Grecji z Dorotą, autorką bloga Sałatka po grecku. Ta przemiła dziewczyna pisze jednego z najfajniejszych blogów, jakie miałam okazję czytać! Jej teksty to krótkie i przepełnione humorem spojrzenie na życie w tym państwie, a jej blog jest jak dobra książka! Dorota sześć lat temu zamarzyła, by poznać  Grecję. Chciała zobaczyć jak wygląda grecka codzienność, jacy są tam ludzie, podszkolić się trochę w zakresie greckiej kultury. Zdaje się, że w tym postanowieniu wykazała się niemałą nadgorliwością. Z Grecji bowiem nie wróciła do dziś, a grecka codzienność stała się jej rzeczywistością.  Pisząc o tym kraju bloga, za każdym postem odkrywa coś nowego i wciąż nie może się nadziwić, ile jeszcze pozostaje do odkrycia. Zapraszam więc was do Prespy :)


Jeśli jutro miałabym wychodzić za mąż, a pojutrze jechać w podróż poślubną, to jako jej miejsce bez chwili wahania  wybrałabym grecką Prespę!
Grecka Prespa? Pewnie zastanawiacie się  co to takiego…  I dlaczego nie wybrałam Korfu, Mykonos czy też Santorini?

      Korfu jest niezwykle romantyczna. Bo to grecka wersja Wenecji. Będąc na Mykonos można dobrze zjeść i nieźle się zabawić. A Santorini… jest po prostu nieziemsko piękna!  
     Podróż poślubna różni się jednak od typowych wakacji. Dwoje ludzi koncentruje się wtedy przede wszystkim na sobie. Żeby była idealna musi spełnić kilka warunków. Podstawowy – uniknąć turystycznego bumu! W  okresie letnim, kiedy na Korfu, Mykonos czy też Santorini podstawowym problemem jest gdzie  będąc na plaży znaleźć metr kwadratowy dla swojego ręcznika, Prespa świeci pustkami. Pustkami świeci właściwie przez cały rok, bo jest to miejsce omijane szerokim łukiem przez większość turystów. Dlaczego? Tego dokładnie nie wiem. Ale z faktu, że Prespa nie jest miejscem często odwiedzanym przez turystów bardzo się cieszę. W tym bowiem również tkwi jej urok.



     Udając się w rejon greckiej Prespy, trzeba się przygotować że prócz turystów, nie ma tam również  turystycznej infrastruktury. Brak sieciowych hoteli, dyskotek, restauracji. Prawdę powiedziawszy, trudno  znaleźć większy sklep.
    Dlaczego więc warto tam jechać?
    Wielka i Mała Prespa - tak nazywają  się dwa jeziora, z których szczególnie pierwsze ma niezwykle ciekawe położenie. Wielka Prespa leży  na terenie aż trzech państw: Grecji, Albanii oraz Macedonii. Prespa jest tak zachwycająco piękna, że momentami wydaje się wręcz nierealna. Wysokie szczyty zaśnieżonych gór odbite w lustrze wody jeziora, wyglądają jak obrazki z fototapety.  W okolicy nie ma prawie nikogo.  Otoczeniem jest dzika przyroda oraz cała lista   ginących już gatunków ptaków, które zamieszkują okolice. Wspólne obserwowanie ptaków… Przyznacie – brzmi całkiem romantycznie!


      W wielu miejscach brzegu jeziora, jedynym śladem cichej obecności człowieka, są zacumowane gdzieniegdzie łodzie. Część z nich jest już pewnie zapomniana. Z biegiem czasu łodzie starzeją się, rozpadają, stapiając się w spójną całość z nieziemskim krajobrazem. Tu i ówdzie widać jakiś most. Czasem urwany, czasem jakby  zbudowany zupełnie bez celu. Rosnące po obu stronach trzciny są jak ruchome kurtyny, w których zawsze czuwa jakieś żyjątko, nieustannie grające  swoją własną muzykę. Taki mostek to idealne  miejsce na romantyczny piknik. Butelka wina, ser, winogrona… Przydadzą się również świece!

File:Fishing at Lake Prespa.JPG

    Będąc na terenie Prespy można zasmakować  pewnej dawki kultury. Chcąc odwiedzić ruiny bizantyjskiej bazyliki Agios Achillios, nie trzeba nawet kupować biletów.  Należy jedynie przejść przez długi most. Uwaga! W wietrzne dni, ten bardzo się chwieje.  Na wysepce, do której prowadzi most i gdzie znajduje się bazylika, mieszka jedynie pięć rodzin. Wyspa jest tak mała, że można ją obejść w pół godziny. Gdzieś w jej środku znajdują się  ruiny świątyni. Wmalowane w krajobraz, na którym w tafli jeziora odbijają się góry, wyglądają jak z romantycznego obrazka. Widok jest nieprawdopodobny. Natura wygląda tu tak niesamowicie, że gdyby chcieć ją namalować można łatwo otrzeć się o kicz.

Αρχείο:Agios Ahilleios Mikri Prespa 200704.JPG

    Teren jezior Prespa obfituje w przyrodnicze niespodzianki. Wiele jest również małych arcydzieł sztuki. Jeśli dysponuje się łodzią w kilku jaskiniach otaczających jezioro obejrzeć  można namalowane na skałach przedstawienia świętych. Te obrazy to ślady po pustelnikach, którzy niegdyś jaskinie zamieszkiwali.
     Będąc na terenie Prespy rzeczywiście łatwo odciąć się od realnego świata. Tu przecież nigdzie nie ma zegarów. Nawet w pobliskich wioseczkach, nikomu nigdzie się nie śpieszy.


     Pod koniec podróży można zejść już na ziemię.  Ponieważ na terenie Prespy nie ma gdzie wydawać pieniędzy – można ich sporo przyoszczędzić. Do cywilizacji nie jest na szczęście daleko. Dlatego braki w wakacyjnych zakupach można szybko nadrobić.  Niedaleko  Prespy znajduje się jedna z piękniejszych miejscowości kontynentalnej Grecji – Kastoria. To miasto  obfituje w hotele, restauracje, tawerny i sklepy. Wizyta w Kastorii jest więc doskonałym momentem  na porządne zakupy. Można tu wydać sporo pieniędzy.  I to lekką ręką.  Jesteśmy przecież na podróży poślubnej. A ta więcej się już nie powtórzy…


Dorota Kamińska

Nie zapomnijcie odwiedzić bloga Doroty- www.salatkapogrecku.blogspot.com ! Do usłyszenia!

Photo: prywatna kolekcja autorki posta, www.discoverthetrip.com, www.visitgreece.gr, www.wikipedia.org, 

wtorek, 23 kwietnia 2013

W podróż poślubną... autostopem!

Romantyczna i szablonowa podróż poślubna to nie dla mnie! Leżenie plackiem na plaży też może być przyjemne, ale myślę, że najfajniej wspomina się zawsze to co spontaniczne i sprzeczne z konwenansem :) Proponuję więc wam od pewnego czasu wyjątkowe pomysły na miesiąc miodowy. Nie plaże Majorki, ale jej góry (tu), nie zakochany Paryż, ale zimna Bretania (tu) :) 

Dzisiaj za to nie mówię gdzie, ale jak: autostopem! I gdy wpadłam na pomysł, aby o tym był dzisiejszy post od razu wiedziałam kto najlepiej potrafi to opisać. Jedni mówią o nich pozytywnie zakręceni, inni szaleni. Dominika i Michał to urocza para, która stopem zjechała pół Europy, a nawet zahaczyła o Azję i Afrykę. Jeśli ktoś chciałby, tak jak oni, sprawdzić się w łapaniu stopa razem ze swoim chłopakiem/dziewczyną, narzeczonym/narzeczoną albo przeżyć drugą, tanią podróż poślubną z mężem/żoną to zapraszamy do skorzystania z najbliższej okazji pod koniec maja: z Wyścigu Autostopem Poznań -> Wenecja, który Michał z racji swojej pasji, ma przyjemność współorganizować. Więcej info na www.wyscigautostopem.pl oraz na fanpage’u addicted2fun na Facebooku.

A żeby nie było, że jestem gołosłowna i polecam autostopowanie, a sama nigdy nie próbowałam, mam dla Was jedno promienne zdjęcie z Hiszpanii, w której na stopa przejechaliśmy z Michałem 700 kilometrów :) Oddaję już głos tej uroczej parze i jestem pewna, że przekonają Was, że autostopem można się wybrać nawet w podróż poślubną! :)

Często w weselnym budżecie brakuje pieniędzy na egzotyczną podróż poślubną w wersji all inclusive i wówczas młoda para rezygnuje z kilku dni tylko dla siebie. Ale kto powiedział, że właśnie tak ma wyglądać początek wspólnej drogi? Może właśnie rzucić się w wir szaleństwa: złapać stopa i jechać przed siebie? :)


Opcja ta zdecydowanie nie będzie odpowiednia dla osób, które cenią komfortowy wypoczynek, luksus, czy też ułożony plan od a do z. Jeśli natomiast ciągnie nas do nieznanego, lubimy spontan i chcemy przeżyć nietypowe doświadczenie to polecamy. Tak, zdecydowanie, polecamy autostop nawet na podróż poślubną!



Jednym z głównych atutów autostopu są niskie koszty przejazdu, a raczej ich brak. Sami doświadczyliśmy wspaniałej wspólnej przygody, która zajęła nam 40 dni a kosztowała bagatela 1500 zł na osobę za wszystko! Patrząc na trasę naszego wyjazdu, można sobie pomyśleć, że nie w jednym mieście, do którego udało nam się dotrzeć, można stracić lekką ręką więcej pieniędzy w ciągu jednej nocy, niż my na cały wyjazd. A te prawie 9 tysięcy km przemierzyliśmy taką drogą: Poznań - Dortmund - Bordighera (przyjemna miejscowość w Ligurii we Włoszech) - Nicea - Monako - Cannes - Saint Tropez (tak, te cztery miasta leżą na Lazurowym Wybrzeżu)- Mountpellier - Maroko (10 dni) - Tarifa (fantastyczna hiszpańska plaża) - Madryt i powrót przez śliczną Andorę.


Jesteśmy Poznaniakami, więc musieliśmy zacząć od pieniędzy, ale kolejnym plusem autostopu jest możliwość dojazdu gdzie się tylko zachce i wymarzy! Wystarczy wyciągnąć rękę, troszkę cierpliwości (a czasami trzeba jej ciut więcej) i jazda! Idealnym przykładem jest nasza spontaniczna trasa w drodze do Maroko. Siedzieliśmy u koleżanki w mieszkaniu w Dortmundzie, w telewizji leciał finisz jednego z odcinków Tour de France. Spoglądaliśmy kątem oka. W pewnym momencie niemal równocześnie zapytaliśmy: "Co to za miasto? Wygląda fantastycznie!". Po chwili ujrzeliśmy napis: „Mountpellier”. Długo się nie zastanawialiśmy: "- Jedziemy tam, nie? - No jasne!". Kilka dni później już spacerowaliśmy po jednym z najpiękniejszych miast Francji.


Na stopa da się dojechać wszędzie! Jeżdżąc autostopem można dojść do wniosku, że nie ma rzeczy niemożliwych, a marzenia mogą się szybko spełnić! Taki sposób podróżowania daje swego rodzaju wolność. Nie ograniczają nas żadne daty biletów, jedziemy kiedy chcemy, bez ograniczeń finansowych.


Tego co się stanie podczas podróży nie da się przewidzieć, ale to jest właśnie ten element adrenaliny. Może trafić się ktoś bardzo ciekawy do rozmowy, może też totalny przygłup, którego z uśmiechem zapamiętamy. A to ktoś nas poczęstuje owocem, a to zabierze na obiad, a nawet przenocuje ("zimno tu, nie śpijcie w tych namiotach"). Można przejechać się najnowszym Lexusem, można też trzydziestoparo-letnią Ładą bez siedzeń z tyłu, a nawet taksówką za free. Ilu autostopowiczów, tyle historii. Jedno jest pewne, będzie co opowiadać.


Często spotykamy się z takimi opiniami „Fajnie, fajnie sobie podróżujecie, ale nie boicie się?” Co za pytanie…  Wystarczy jedno zdanie: nigdy nam, a pokonaliśmy kilkanaście tysięcy kilometrów w ten sposób, ani naszym znajomym, którzy wybierają ten rodzaj transportu, nie przydarzyła się żadna nieprzyjemna, niebezpieczna, zatrważająca krew w żyłach sytuacja. Wręcz przeciwnie! Ale o tym już pisaliśmy ciut wyżej;)


Na koniec rzecz kluczowa. Podróż autostopem polecamy nie tylko jako ciekawą alternatywę po ślubie, ale sprawa warta jest świeczki też przed zawarciem związku małżeńskiego.
My jako para przebyliśmy kilka takich wypadów razem. Pierwszy był bardziej lajtowy, bo wszystkie noclegi  mieliśmy załatwione u rodzin albo u znajomych, ale już w drugą podróż rzuciliśmy się na głębszą wodę. 1,5 miesiąca tylko we dwoje w różnych warunkach. Właśnie wtedy dowiedzieliśmy się o sobie nowych rzeczy. Tak naprawdę autostop to doskonała szkoła charakteru – wyrabia się cierpliwość, wytrwałość, odpowiedzialność, zaradność, optymizm czy przebojowość. Najważniejsze też by, jak to często pisano w informatorach obozowych, do plecaka zapakować dobry humor. Wtedy te wydawałoby się ciężkie momenty łatwo zamienić w zabawne. A po takim wypadzie można łatwo zweryfikować, nawet po latach znajomości, czy jesteśmy w stanie przebyć podróż z drugą połówką nie tylko przez kolejny zaplanowany miesiąc czy dwa, ale czy damy radę razem przebyć przez całe nasze życie…


Na koniec kilka informacji praktycznych, opartych na naszym doświadczeniu:
- najlepiej łapać stopa na stacjach benzynowych na autostradzie, na bramkach na autostradzie, ew. na wjazdach na autostradę
- najtrudniej złapać w miejscach gdzie auta śmigają ponad 100km/h, lub gdzie jest tłoczno i nie ma gdzie się zatrzymać
- najłatwiej łapać samemu, lub w parze, korzystnie gdy przynajmniej jedna osoba jest dziewczyną
- najszybciej łapie się stopa w Niemczech, Norwegii, czy w Polsce
- najdłużej czeka się w Hiszpanii, gdzie najlepiej na stacjach podchodzić do kierowców i liczyć na wzbudzenie w nich zaufania
- są miejsca na Świecie, gdzie autostop nie jest popularny i za jazdę się płaci. Jednak w Europie, a przynajmniej na zachód od ukraińskiego (czy jak niektórzy uważają rosyjskiego) Krymu takie sytuacje się raczej nie zdarzają


Dominika i Michał

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Bretania na podróż poślubną

Kochani, dzisiaj drugi post z serii gdzie wybrać się w niezwykłą podróż poślubną :) O jego napisanie poprosiłam koleżankę ze studiów, zawsze radosną Kasię, którą los złączył z Bretanią - jak to zazwyczaj bywa dzięki miłości :) Kasia tak jak i ja wyżywa się twórczo w blogosferze i pisze bloga właśnie o tej niezwykłej części Francji. Bardzo się ucieszyłam, gdy zgodziła się dla Was napisać tego posta! I co najlepsze, przygotowała dla Was trzy wersje zwiedzania :) Mi najbardziej przypadła do gustu ostatnia, dedykowana miłośnikom natury, gdyż zachwyca pięknymi widokami morza i skał. Oddaję jej już głos, ale nie zapomnijcie odwiedzić Bretonissime- to wiele trafnych spostrzeżeń na temat Francuzów i życia we Francji, ale przede wszystkim jest to skarbnica wiedzy o tym regionie. A Kasia zna go czasem lepiej niż sami Francuzi- w Bretanii nie tylko mieszka, ale także pracowała jako przewodnik :)


Francja i podróż poślubna? Oczywiście! Zapomnijmy jednak na chwilę o Paryżu. Tam zawsze możecie się wybrać, choćby na weekend, by poznać jego zalety (wspaniała architektura, liczne muzea i piękne kościoły, zakątki znane z filmów) jak i ciemne strony (zatłoczone i często śmierdzące metro, wysokie ceny, hałas, wszechobecne samochody). Nie pozwólcie na to, by cechy z drugiego nawiasu zepsuły Wam jedyne w swoim rodzaju chwile tuż po ślubie. Co powiecie na pokój z widokiem na ocean, pyszne i dużo tańsze niż w stolicy jedzenie (w tym świeże owoce morza i świetne naleśniki crêpes), wieczorne spacery po plaży i malownicze domy z kamienia z kolorowymi belkami?

Opcja nr 1: dla miłośników słońca

Szczerze uprzedzam, że niepewna pogoda jest największym (i chyba jedynym) minusem urlopu w Bretanii. Jeśli chcecie zwiększyć szanse na obecność słońca, polecam Wam Morbihan, czyli południową część Bretanii („mor” to w języku bretońskim morze, „bihan”- małe). Dzięki położeniu w zatoce woda jest cieplejsza, a i temperatura powietrza jest o kilka stopni wyższa niż w północnej Bretanii. Koniecznie zajrzyjcie do:

Vannes – miasto, którego starówka zachowała średniowieczny urok dzięki imponującym murom obronnym oraz pięknym kamienicom. Vannes stawia latem na kulturę: podczas mojego pobytu w lipcu 2011r. były i koncerty w porcie, i festiwal jazzowy na ulicach oraz w pubach (świetna sprawa!),i „fêtes historiques”, czyli dni średniowiecznej kultury z licznymi atrakcjami.


Saint-Goustan – mały, malowniczy port, otoczony pięknymi wąskimi uliczkami.


Saint-Gildas de Rhys – miasteczko z pięknym opactwem w stylu romańskim (co w Bretanii nie zdarza się często). W okolicach Saint-Gildas są świetne trasy spacerowe, dzięki którym możecie przejść się albo tuż przy plaży, albo podziwiać krajobraz z góry, maszerując po skalistym wybrzeżu. Obie opcje polecam!


Opcja nr 2: dla niezważających na tłumy turystów

W tych znanych i popularnych miejscach znajdujących się w departamencie Ile-et-Vilaine panuje spory ruch turystyczny. Oblężenie ma jednak miejsce głównie latem, więc jeśli planujecie podróż poślubną w innym miesiącu, nie musicie obawiać się tłumów. Tak czy inaczej – warto się tam wybrać, bo renoma tych miejsc jest zasłużona.

Mont Saint-Michel – to podobno druga najpopularniejsza atrakcja turystyczna całej Francji, tuż po Paryżu. Oficjalnie nie należy do Bretanii, tylko do Normandii, jednak jest przez wiele osób kojarzona raczej z tą pierwszą- by nie wchodzić w ideologiczne spory, uznajmy, że jest na granicy tych dwóch regionów. Do pięknego kościoła na samym szczycie i zarazem najlepszego punktu widokowego prowadzi tylko jedna droga, w środku lata panuje tu więc wielka przepychanka, której nie polecam nawet odpornym na tłumy. Ale, spokojnie, na wszystko znajdzie się sposób: warto wiedzieć, że w ostatnim tygodniu sierpnia ruch turystyczny w Bretanii dość znacząco spada- pojedźcie tam właśnie wtedy, późnym popołudniem. My z mężem raz tak zrobiliśmy i była to bardzo trafna decyzja: nie było tłumów i mieliśmy możliwość porównania dwóch wersji Mont Sant-Michel: za dnia i „by night”.


Saint-Malo – to miasto słynące z pięknych piaszczystych plaż (moją ulubioną jest niezwykle długa Plage de Sillon... marzenie!) oraz starówki otoczonej grubymi murami obronnymi projektu znanego francuskiego architekta Vauban. Niestety stare miasto zostało w dużej mierze zbombardowane w czasie wojny, więc kamienice są dużo „młodsze” niż otaczające je mury. Miasto jest bardzo urokliwe i…fotogeniczne. Jeśli szukacie odpoczynku od tłumów, zaszyjcie się w niepozornej z zewnątrz, a niezwykle ciekawej wewnątrz katedrze: na poziomie ołtarza nagle pojawiają się… schody. Ta (spora) różnica poziomów to niezwykły wyjątek w skali Europy i świata.


Dinan – prawdziwa średniowieczna perełka. Naprawdę czuje się tu ducha czasu.


Opcja nr 3: dla spragnionych kontaktu z naturą

Dla Was idealnie nada się departament Finistère, którego nazwa oznacza…kraniec świata! Jest to najbardziej wysunięta na zachód część Bretanii, słynąca z dziewiczej przyrody i z pielęgnowania bretońskich tradycji i zwyczajów. Oprócz wymienionych poniżej miejsc warto byłoby też pozwiedzać, bo program kulturalny wyprawy mógłby być tu bardzo ciekawy – zainteresowanym chętnie służę radą.

Ile d’Ouessant- wyspa, na którą płynie się z portu Le Conquet około półtorej godziny, a z Brestu o godzinę dłużej! Jest to więc cos więcej niż turystyczny rejs trwający 15 minut, zapewnia nam namiastkę morskiej wyprawy. Na wyspie są lokalne taksówki (całe 2 euro za przejazd do „centrum”) oraz wypożyczalnie rowerów: dosłownie na każdym kroku. Ouessant znane jest z hodowli czarnych owiec, jednak ja polecam tę wyspę głównie ze względu na zapierające dech w piersiach widoki!


Presqu’île de Crozon – półwysep pięknych widoków: skaliste wybrzeża, szerokie piaszczyste plaże, urokliwe, trudno dostępne zatoczki… Obowiązkowe punkty programu to co najmniej Les Tas de Pois (imponujące skały nad brzegiem oceanu) i Camaret (niezwykle malownicze miasteczko portowe, pełne kolorowych domów, które było inspiracją dla wielu malarzy).


Douarnenez – gdy pierwszy raz zbliżaliśmy się autem do tej zatoki (La Baie de Douarnenez) i ujrzałam ją z góry, dosłownie mnie zatkało. Polecam spacery na plaży w tych okolicach. Samo Douarnenez jest, jak Camaret, urokliwym i nasyconym kolorami miastem portowym.


Jeśli nie możecie zdecydować się, którą opcję wybrać, to może zdecydujecie się na wyprawę samochodem i dłuższe tour de Bretagne? :) Ja pierwszy raz wylądowałam tu trochę przez przypadek- w ramach wymiany szkolnej- a potem wracałam przy każdej możliwej okazji. Pracując tu jako przewodnik turystyczny, poznałam męża, więc dla nas Bretania była zwieńczeniem podróży poślubnej. ;)

Kasia Tirilly

czwartek, 4 kwietnia 2013

Miodowy miesiąc na Majorce

Kochani, ostatnio na blogu ciągle piszę o sukniach, dlatego dzisiaj mam dla Was coś w zupełnie innym klimacie :) W gorącym klimacie! Zima tak bardzo mi doskwiera, że próbuję przywołać wiosnę na wszelkie możliwe sposoby. Dzisiaj spróbuję to uczynić wracając w myślach na Majorkę! Jeśli ktoś z Was planuje wakacje, albo tym bardziej szuka niezapomnianego miejsca na podróż poślubną polecam właśnie tę wyspę. Ale nie tę znaną wszystkim turystom, czyli zatłoczoną Palmę! Zapraszam w podróż po Serra de Tramuntana :)

Tak się jakoś w moim życiu złożyło, że miałam niebywałą przyjemność mieszkać na Majorce przez pół roku w ramach programu Erasmus. Ale nie był to wcale pobyt pełen szalonych imprez i poznawania mnóstwa znajomych. Dopiero po czasie potrafię docenić to co udało mu się tam przeżyć :) Początki nie były łatwe: rozstanie z Michałem, spanie w nocy na lotnisku w Barcelonie, szukanie mieszkania przez internet, brak znajomych polaków w mieście, nauka po katalońsku. Ale dałam radę, koniec końców nie bardzo chciałam wracać do domu i teraz niebywale tęsknię za tamtymi chwilami!


Wyspę udało mi się poznać jak własną kieszeń. Jeśli więc Majorka kojarzy Wam się z pięknymi plażami, dużą katedrą i dobrymi imprezami, to mam dla Was jej totalnie przeciwne oblicze. Sama lecąc tam, nie wiedziałam co mnie czeka i dopiero dzięki moim współlokatorom, niezwykłej polce Agacie i grupie 60-letnich majorkańskich wojskowych udało mi się poznać drugą twarz wyspy. Czyli Serra de Tramuntana.

To piękne pasmo górskie położone na północy Majorki w 2012 roku zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, zarówno dzięki walorom przyrodniczym jak i kulturowym. Czeka na was tam mnóstwo małych wiosek i miasteczek, z piaskowymi domami ukrytymi wśród oliwnych gajów, piękne turkusowe zatoki oraz strome zbocza i klify schodzące wprost do Morza Śródziemnego. Oczywiście znajdziecie tam też absolutnie nieziemskie plaże, które nijak się mają do tych w Palmie czy Arenalu. Ale żeby odkryć to wszystko trzeba się trochę wysilić i po prostu samemu wszędzie dojść :) Tramuntana jest doskonale przystosowana dla potrzeb turystów. Znajdziecie tam mnóstwo świetnie oznakowanych szlaków, a przy nich położone urokliwe górskie schroniska - np. w Soller znajduje się ono w zabytkowej latarni. W schronisku zjecie pyszne obiady, a nawet możecie załapać się na bezową tartę z cytrynowym musem zrobionym z rosnących przy domu owoców. Tylko uważajcie na kozice i osiołki :)!

Jeśli chcielibyście wybrać się w Tramuntanę z chęcią pomogę Wam zorganizować taki wyjazd. Służę radą i przepastnym przewodnikiem po całym paśmie górskim! Kto raz tam był, z pewnością rozumie moją tęsknotę :)

A to tylko niektóre z pięknych widoków, które czekają na was w Tramuntanie. Wszystkie zdjęcia robione w listopadzie i jest to zdecydowanie piękna pora na Majorce! 
Cala Deia.
Puerto Soller- widziane jeszcze ze szlaku.
Daktylowce już w Soller :)
Katedra w Soller, ale cuda dzieją się także w Lluc!
Wschodni cypel wyspy czyli Formentor. Tam polecam dotrzeć samochodem :) Jazda krętą drogą to przygoda sama w sobie!
A to plaża na Formentorze. Zdecydowanie cudowne miejsce, ale w tajemnicy powiem, że znam lepsze plaże na wyspie :)
A to już nasza dwójka w Valdemossie :) Najbardziej romantyczne miasteczko na całej Majorce! Pięknie wygląda także w śniegu. Koniecznie trzeba tam jechać. Z Palmy tylko 30 minut autobusem za 2 euro!
A na koniec, żebyście poczuli niesamowity klimat tej niesamowitej wyspy niezwykle wakacyjna i optymistyczna reklama :) Co z tego, że reklama piwa, skoro tak pięknie pokazuje wszystkie te miejsca, które możecie obejrzeć na moich zdjęciach! Jest więc przede wszystkim Deia i Formentor. A, no i Estrella Damn :)

Taką właśnie zapamiętałam Tramuntanę: pełną rodzinnych spotkań, pysznej paelli, krystalicznie czystej wody i słońca! Pamiętajcie: cuando amas lo que tienes, tienes todo lo que quieres! Pozdrawiam z nadzieję na szybkie przyjście wiosny :)

Photo credit:
Michał Kęsy
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...